Taki oto kremik;)
Dove beauty blossom to krem przeznaczony do ciała. Pochodzi on z edycji limitowanej. Jakiś czas temu wypatrzyła go moja siostra za zawrotną cenę - niecałe 5 zł;) Mnie urzeka od razu jego śliczna nakrętka z kwiatowym motywem...jestem trochę wzrokowcem...;PW tradycyjnym dla tej marki słoiczku mieści się 75 ml produktu o zwartej, dość tłustej, typowej dla kremów Dove konsystencji. Kiedyś miałam okazję użytkować krem do twarzy z linii klasycznej i nie przypadł mi do gustu właśnie przez swoją toporność. Dosłownie czułam, że moja skóra twarzy nie może go przyjąć i tłusta warstwa utrzymująca się niemiłosiernie długo bardzo mnie denerwowała. Jako że mam dodatkowo tendencję do trądziku i powstawania co jakiś czas nowych niespodzianek, ten krem jeszcze to wzmożył, wyraźnie zapychał. Może się jednak sprawdzić u posiadaczek bardzo suchej cery więc nie mówię że jest zły, po prostu nie dla mnie;)
Ale do rzeczy, nie o tym kremie miał być post;) Jak już wspominałam krem ma treściwą konsystencję, więc bardzo dobrze nawilża, lubię stosować go na noc, szczególnie na wysuszone po depilacji łydki, wtedy rano są już mięciutkie i odżywione ( jeśli tak można powiedzieć o łydkach;)). Dobrze sprawdza się również jako ratunek na suchą skórę stóp, kolan, dłoni, łokci. Minusem jest to, że trochę długo trwa wchłanianie i 'czuć' kremik na ciele, ale przez to mam pewność, że nadal działa. Uwielbiam natomiast jego zapach - piękny, kwiatowy, długo utrzymujący się na ciele. Nie przypomina dokładnie tego z czym kojarzymy markę Dove, ale jak dla mnie to lepiej, ta tradycyjna woń już chyba mi się znudziła. Plus również za to, że opakowanie jest male i nie zajmuje przez to wiele miejsca, można zabrać je w podróż zamiast dużej tuby balsamu. Dzięki małej pojemności nie ma opcji, by się nim znudzić, a tego nie lubię, gdy muszę męczyć balsam baaaardzo dłuuugo...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz